Strona 4 z 4

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 13 cze 2020, 11:14
przez Maurycy Orański
Dnia trzynastego czerwca wyprawa pod dowództwem wicekróla w sile 600 ludzi wylądowała za północ od podanej pozycji wroga. Nie niepokojeni żołnierz podjęli marsz w kierunku gdzie fortyfikować miał się Piotr Winter. Na morzu towarzyszyła im flota mająca zapewnić im wsparcie ogniowe w walce. Jednocześnie do miasta pocwałował goniec aby wezwać do walki miejscowy pułk. Ludzie wicekróla dotarli na miejsce przed garnizonem Puerto zafiro i zostali powitani ogniem artyleryjskim. Na szczęście nie celnym. Usadowili się obozem poza zasięgiem dział "fortecznych" czekając na flotę którą zatrzymał przeciwny wiatr.

Panie Hubercie, oczekuję że dołączycie do mnie i razem położymy kres hultajskim wybrykom.

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 13 cze 2020, 18:46
przez Hubert Szablarczyk - Hrychowicz
„Jeździec” jakoby młody delfin ślizgał się po falach, gnając ku Puerto Zafiro, gdzie stacjonować miał okopany rozpaczliwie Piotr Winter. Panu Hubertowi był on już niestraszny; wielu ludzi musiał potracić, a i wielkiej fortecy wznieść nie był w stanie; rzecz zdawała się dla niego straconą i chyba tylko litość gubernatora oraz wicekróla mogłaby ocalić mu życie - bo z pewnością nie wolność.
W końcu załoganci brygu dojrzeli umocowaną plażę; pale sterczały z dala, a za nimi bryłę drewnianą. Ostatnia nadzieja przemytników.
- Pomieszany ten Gdańszczanin, ale fantazji mu odmówić nie można. Przyjdzie rozpruć tą faszynę - mruknął pan Hubert poglądając przez perspektywę na obóz.
Statek zbliżał się ku fortowi, nie kryjąc się zbytnio ze swemi zamiarami. Tedy pojrzał pan Hubert na wypuszczoną skądś flotę łodzi - bez załogi, co budzić musiało podejrzenia. Dopiero po chwili spostrzegł płomienie na łodziach. A i zza palisady świtały śpieszące się sylwetki winterowych towarzyszy - zza otworów sterczały działa.
- Znam ja tych kanonierów, celować nie umieją! Cztery działa na nich, reszta w łodzie, nim burty dostąpią!
I tak artylerzyści ze sterburty poczęli walić kulami ku miejscom skąd szykowały się pociski artylerzystów winterowych oraz w mizerną armadę, która jednak poczynała tonąć spokojnie i cicho, jeno z trzaskiem płomieni trawiących drewno.
Jakkolwiek plan Wintera się nie spełnił, na krótko łodzie „Jeźdźca” wstrzymały - linia tonących a płonących łajb utrudniała bliższe podpłynięcie ku palisadzie, co pozwoliłoby na atak gorączkującej się już okrętowej piechocie. Jednakże kule sięgały doskonale, przeto pan Hubert nie ustawał w wydawaniu rozkazów obsłudze dział.
- Cel, pal, tam, już, ach! Przebóg! Patrzcież, jeszcze dłubanki ślą, spuśćcież im manto!
Kula wysłana w kierunku jednej z kolejnej serii łodzi, tym razem chyba wypuszczonych w geście desperacji, minęła cel. Uderzyła jednak nieco dalej, u podnóża palisady, nieco nad taflą wody. Trafić musiała w czuły punkt konstrukcji, bo za chwilę palisada zapadła się tak, że złamane w pół pale z wsadzonymi na nie pochodniami spadły na nieoddalone jeszcze od umocnień łodzie.
Proch na tych musiał jeszcze być w miarę suchy, bo wraz huknęły, wznosząc społem w górę strumienie wody, dym i pył.
Sternik teraz walił dziobem prosto w powstałą chmurę. Odradzał mu to stanowczo gubernator, wrzeszcząc przekleństwa, ten jednak nie słyszał niczego, przez huk ogłuszony. Jeno oczy sternika pozostały sokolimi - bryg wbił się pięknie w powstały od eksplozji wyłom w palisadzie, stając niestety na mieliźnie.
- Pod kilem galeonu przeciągnę nieudacznika! Ale nic to! Na Wintera, panowie!
Oszaleli najwidoczniej marynarze spuścili się po linach, po drabinach do szalup, a kto nie chwycił w porę wiosła, ten szablą biczował wodę, byle dotrzeć do plaży jak najprędzej.
Od dobicia do plaży do pierwszych trupów po stronie Wintera minęło kilka sekund.
Nie zdzierżę, idę! - zakrzyknął pan Hubert, ruszając wraz z żołnierzami do boju.
Żółty piasek spłynął krwią, a dym pistoletów przesłaniał widok, toteż pan Hubert robił szablą na wszystkie strony, doglądając zza dymu choćby tylko śladu winterowego lica. Nie mógł go znaleźć.

Wicekrólu, pomóżcie złapać niecnotę

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 13 cze 2020, 22:54
przez Maurycy Orański
Dźwięk armat. Tego było trzeba żołnierzom. Dźwięki kompanijnych doboszy i innych muzykantów były niepotrzebnym hałasem ponieważ wojacy sami brali sporządzone wciągu ostatnich godzin drabiny i ustawiali się w wyuczone szeregi. Większość miała uzbrojenie jedynie w postaci rapiera. Jedynie wyznaczone z najlepszych strzelców oddziały osłonowe i rajtarzy zafirscy mieli broń palną. Armatki salwą pokryły wykryte stanowiska armat broniących dostępu od strony lądu. Jedno stanowisko wystrzeliło w powietrze słupem ognia. Snadź szkoleni kanonierzy z Puerto Zafiro podpalili przygotowane ładunki które miały nieść śmierć ich towarzyszom. W końcu zagrały pozostałe działa. Widać było że kanonierzy są przerażeni ponieważ jedynie jedna z armat nie strzeliła ponad głowami atakujących. Trzech muszkieterów wydało ostatnie tchnienie, a dwóch kolejnych jęczało z bólu. Natychmiast dopadli do nich koledzy i oddali ich pod opiekę lekarzy na tyłach. Na bliskim dystansie odezwało się kilka muszkietów. Widać ręka boska broniła ponieważ skończyło się tylko na ranach. Osłona odpowiedziała ogniem, a inni przystawiali do palisady drabiny. Strzelcy z ziemi zdążyli oddać jeszcze ledwie jedną sal do czasu aż pierwsi żołnierze postawili nogę na galerii strzeleckiej przy palisadzie. Wicekról roztrzaskawszy kolbą puffera twarz zagradzającemu drogę wrogowi wskoczył na mur. Przemytnicy byli zajęci gubernatorowymi ludźmi i teraz nie wiedzieli w którą stronę się zwrócić. Muru pilnowały jedynie obsługi kilku dział i niewiele ponad trzy dziesiątki ludzi, ale od wojsk pana Huberta zaczęli odskakiwać inni. Następny adwersarz pana Maurycego uzbrojony był toporek. Odbiwszy lewie kilka szybkich ciosów Orański wyszarpał zza pasa pistolet i wymierzył go w brzuch przeciwnika. Pociągnął za spust, ale ten nie wypalił była to ta sama broń która posłużyła do utorowania drogi. Wtedy też kula wypadła z lufy. Podkomorzy uskoczył w bok i wtedy rozległ się kolejny strzał. Rajtar który właśnie wszedł po drabinie zobaczył tego przemytnika jako pierwszego i strzelił do niego. Maurycy pozdrowił go gestem dłoni i spojrzał na dziedziniec. Ujrzał grupę pięciu winterowców i wymierzył drugi pistolet w ich kierunku. tym razem broń wystrzeliła i to celnie. Największy problem stanowili kanonierzy z lontownicami który uzbrojonych jedynie w broń białą szturmujących umiejętnie trzymali na dystans każdy jego centymetr oddając za krew żołnierską. Do zwycięstwa najczęściej potrzebny był pistolet oficerski lub rajtarski. W pozostałych przypadkach na korzyść podkomendnych wicekróla działała kilkukrotna przewaga liczebna. Łącznie wicekrólewscy stracili 7 zabitych i 14 rannych

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 16 cze 2020, 12:47
przez Hubert Szablarczyk - Hrychowicz
Bandyctwo padało jako muchy, tak że w parę minut ci, którzy pozostali przy życiu, pochowali się gdzieś w zakamarki fortu.
Doniesiono panu Hubertowi o tym że Jego Wicekrólewska Mość również dokazuje, toteż pobiegł ku jego ludziom co sił w nogach. A dostawszy się na mur, zakrzyknął:
- Jakże miło mi was widzieć! Szaleniec on Winter, jeno gdzież on jest?
- Leży! Zabit! - zakrzyknął któryś z żołnierzy z dołu
- Nie może być!
Gubernator powrócił na pole bitwy i upewnił się w swej racji - jeden z zabitych w boju nie był Winterem, a żołnierz który o tym donosił musiał herszta przemytników i na oczy nie widzieć.
Powłóczył jeszcze pan Hubert po bladych twarzach tej czy owej strony - przeklętego gdańszczanina nie dojrzał.
- Nie daj Bóg by miał zwiać! Szukać! Wszędzie!
I żołnierze gubernatorowi rozpierzchli się po całym forcie, a trzech nawet wróciło na „Jeźdźca”, obawiający się czy nie przyszłoby owemu obłąkańcowi na myśl statek pojmać.

Sebastian von Tauer

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 16 cze 2020, 16:04
przez Sebastian January II
Kiedy pan Winter wymknął się z pola bitwy, nie przewidział, że jego decyzja będzie brzemienna w skutkach. Oto bowiem uciekł w głąb wyspy, gdzie spotkał tubylców. Ci widząc białego, pojmali go i zaprowadzili do wodza, który nakazał Wintera rozebrać (wolał bowiem sobie zostawić wcale wytworne, jak na nowokurlandzkie warunki, szaty Piotra). Długo starszyzna plemienna nie wiedziała, co z nim zrobić. W końcu jednak zdecydowano, by wydać Wintera innym bladym twarzom, które chyba go szukały (wiele bowiem patroli krążyło po dżungli). Dwóch plemiennych wojowników odprowadziło Wintera do wicekróla, który rozkazał go uwięzić. Piotr miał w lochach Fortu Jakuba czekać na sądowy wyrok.

Mości panowie, oto skończyliśmy naszą przemytniczą przygodę. Bardzo wam dziękuję za uczestnictwo w tym, dość nietypowym, wydarzeniu!

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 16 cze 2020, 17:59
przez Maurycy Orański
Mości Panie Hubercie!
To był zaszczyt służyć razem z Wami.

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 16 cze 2020, 20:58
przez Hubert Szablarczyk - Hrychowicz
A mój z wami. Vivat Nova Curonia!

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 16 cze 2020, 21:00
przez Maurycy Orański
Vivat Res Publica!

Re: Przemytnicy

PostNapisane: 17 cze 2020, 09:58
przez Samuel Radziwiłł
Panowie, jesteśmy pod wrazeniem tych wszystkich opisów i działań. Teraz spokojniej będzie w Nowej Kurlandii, to i majętności warto będzie budować.