Wiatr, który do tej pory pchał konwój na zachód, nagle zamarł. Potężny rozkołys oceanu nie ustał, ale powierzchnia wody stała się nienaturalnie gładka, przypominając ciemne, pofalowane szkło.
Zamiast wiatru, na flotę admirała Roberta opadła gęsta, lepka mgła.
Świat skurczył się do zaledwie kilkudziesięciu kroków. Cztery ciężkie chelandie i osłaniający je "Święty Maurycy" znalazły się w sercu absolutnejbpustki. Dla marynarzy, przyzwyczajonych raczej do żeglugi wzdłuż widocznych, zaludnionych brzegów, ten bezmiar i otaczająca ich biała ściana były zjawiskiem tyleż fascynującym, co przerażającym.


