|
przez Konrad Radziwiłł » 07 wrz 2025, 17:36
Lubnie budziły się ociężale, ale obóz wojskowy już od świtu tętnił życiem. Stałem w namiocie dowódczym, a mapy na stole drżały od uderzeń pióra, którym zaznaczałem szlaki tatarskich czambułów. Każdy meldunek zwiadowców był jak kropla trucizny – wiedziałem, że orda ruszyła, wiedziałem też, że Rzeczpospolita oczekuje, iż ja stanę im naprzeciw.
Nie byłem człowiekiem, który ucieka przed ciężarem, ale w ciszy, gdy zostawałem sam, czułem, jak dłoń raz po raz zaciska się na buławie – tak, jakby musiała chwytać nie tylko oręż, ale cały los moich żołnierzy.
– Krolu! – wszedł adiutant – rota nowogródzka gotowa do inspekcji. Skinąłem głową i wyszedłem. Tysiące oczu patrzyło na mnie, a ja na nich. Czułem, jak ich nadzieje stają się moją tarczą, a ich lęki – moim mieczem.
Widzialem ludzi gotow walczyc za Rzeczpospolita, lub przynajmniej za obietnice lupow, większość była mloda, nie wiedziała co znaczy wojaczka, z uśmiechem stali w szeregu, ich oczy różniły się od tych, którzy niejeden ród zakończyli w mgnieniu oka.
Wieczorem długo nie mogłem zasnąć. W namiocie pachniało dymem świec i skórami. Czytałem raporty potęgi wojska i znamienitych rodów na czele pułkow, a ja wiedziałem, że żaden herb, żadna krew magnacka nie zatrzyma tatarskich strzał – tylko żelazo, porządek i odwaga.
Perspektywa Handlarza
Nigdy nie lubiłem, gdy przez miasto przewalały się wojska. Owszem, pieniądz z żołnierzem przychodził, ale i bieda zarazem. Ceny owsa podskoczyły tak, że chleb kosztował więcej niż domy, a chleba nieraz nie starczało dla własnych dzieci.
Mój kram stał na rynku, tuż obok studni. Z rana sprzedawałem miód i skóry, ale klienci byli inni niż zwykle – towarzysze pancerni, hajducy, pacholęta z drabantów. Jeden zostawił mi talara, drugi próbował płacić obietnicą łupu, a trzeci po prostu wziął, co chciał. Któż odważyłby się stawiać im opór?
Widziałem, jak ludzie z mojej ulicy patrzą na obóz ze strachem. Kobiety zamykały dzieci w domach, ksiądz codziennie odprawiał mszę błagalną. Wszyscy wiedzieliśmy, że jeśli Krol Radziwiłł i pułkownicy ich nie powstrzymaja, cała nasza praca – pola, warsztaty, kramy – obróci się w popiół.
Wieczorami na rynku było cicho. Tylko od strony obozu dochodziły śpiewy i pijatyki. A ja zamykałem drzwi na grube rygle, jakby żelazo mogło ochronić mnie przed losem, który wisiał nad Lubniami.
Towarzysz Stefan
Codzienność w obozie nie miała nic wspólnego z rycerską chwałą. Spało się na wilgotnej ziemi, jadło chleb tak twardy, że trzeba było moczyć go w miodzie, a czekało – zawsze się czekało – na rozkaz, na wypłatę, na bitwę.
Rano ćwiczyliśmy w szykach. Rotmistrz krążył konno, krzycząc, byśmy trzymali piki równo. Ramiona bolały, plecy paliły, ale nikt nie śmiał się sprzeciwić. Potem godzinami naprawialiśmy rynsztunek: kto miał zbroję, ten polerował blachy, kto nie miał – cerował kaftan i liczył, że skóra wytrzyma.
Wieczorem siadaliśmy przy ogniskach. Jedni śmiali się, grali w kości, inni modlili się cicho. Ja milczałem. Patrzyłem w płomienie i myślałem o domu na Podlasiu. Matka pewnie chodziła teraz między grządkami, modląc się za mnie. A ja tu siedziałem, w Lubniach, gotów oddać życie za sprawę, która poniekad nie była moją sprawą. Tyle kilometrow od domu. Ale co innego miałem? Tylko szablę, konia i nadzieję, że wrócę.
Rotmistrz Sokolski
Obóz był jak żywy organizm – trzeba było dbać o każdy jego oddech. Kiedy Krol spał w namiocie, ja krążyłem między chorągwiami. Sprawdzałem straże, rozstawiałem warty, karałem pachołków za pijaństwo. Wiedziałem, że jeśli rozluźnię dyscyplinę choć na chwilę, orda rozbije nas w pył.
Moi ludzie byli dobrzy, choć różni. Jedni – młodzi, żądni przygody. Inni – weterani, którzy widzieli już stepy pełne trupów. Każdy miał swoje troski, ale wszyscy patrzyli na mnie. Rotmistrz musi być ojcem i katem zarazem – jednym słowem wzniecać ducha, drugim grozić karą.
Pamiętam, jak pewnego wieczora zatrzymałem się przy ognisku mojej roty. Żołnierze podnieśli głowy, jakby czekali, że powiem coś wielkiego. A ja tylko rzekłem: – Jutro ćwiczymy jeszcze mocniej. Lepiej pocić się w Lubniach, niż krwawić w polu.
Śmiali się, że znowu będę ich gonił po błoniach jak dzieci. Ale ja wiedziałem – od tego, jak staną w szeregu tutaj, zależy, czy przeżyją tam, gdy przyjdzie burza z Krymu. A to, ze nadejdzie bylo pewne, jak reprymenda od pulkownika za rozluznienie dyscypliny chocby na chwile.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 11 wrz 2025, 22:39
Poranek był chłodny, rosa oblepiała trawy i końskie kopyta. Chorągwie, które jeszcze wczoraj barwiły obóz w Lubniach, dziś rozwinięte powiewały na wietrze w marszu ku południowym stepom. Ziemia dudniła od tysięcy nóg, a droga przed nami ciągnęła się w nieskończoność.
Jechałem w środku kolumny, otoczony dworem i adiutantami, ale myślami byłem przy zwiadowcach. Wysłałem ich w głąb stepu, by sprawdzili, czy czambuły tatarskie już ruszyły. Serce biło szybciej niż zwykle – wiedziałem, że od tego dnia każda godzina będzie próbą.
– Wasza Kroleska mość – odezwał się młody towarzysz – ludzie mówią, że orda zebrała się przy Dnieprze. – Mówią różne rzeczy – odparłem chłodno. - Słyszałem, że wszystkie wsie po drodze pala, a ludzi żywcem ze skóry obdzieraja. - Powiedział drzacym głosem. - takie plotki krążą, to prawda - Odparlem - Ino to ludność winna się bać tych piekielnikow, my idziemy z całą dywizja, nasze flanki chroni Hetman i inni znamienici dowódcy, a zwiadowcy czuwają i w porę zaalarmowani będziemy o wrogu... - Przerwalem, poniewaz przyjechał goniec z listem.
Zwykły żołnierz
Marsz był cięższy niż noc na wilgotnej ziemi. Plecy rwały od zbroi, piki obcierały dłonie, a kurz wdzierał się do gardła. Szedłem obok konia, prowadząc go za uzdę, bo szkoda było sił zwierzęcia.
Towarzysze gadali, śmiali się, czasem przeklinali. Ktoś nucił piosenkę, ktoś inny opowiadał, jak po powrocie kupi ziemię i ożeni się z córką sołtysa. Słuchałem, ale w głowie miałem tylko obraz stepu pełnego dymu i tatarskich krzyków.
W południe zatrzymaliśmy się nad rzeką. Każdy rzucił się do wody, by obmyć twarz i napoić konie. Zjadłem kawał chleba, który już pleśniał, ale i tak smakował jak dar niebios.
Wieczorem rozbiliśmy obóz na wzgórzu. Straże postawiono gęsto, bo każdy wiedział, że orda potrafi spaść niespodzianie. Ja leżałem pod płaszczem, patrząc w gwiazdy. Mój sąsiad chrapał, a ja myślałem, że jutro możemy już spotkać wroga. I nie wiedziałem, czy serce bije ze strachu, czy z ciekawości.
Rotmistrz
Dzień marszu to dla zwykłych ludzi trud, a dla mnie – rachunek. Liczyłem, ilu ludzi trzyma się szyku, ilu się wlecze, ilu trzeba będzie postraszyć, by przyspieszyli. Dyscyplina w marszu była równie ważna, jak w bitwie.
Na postoju podszedłem do Krola Radziwiłła. – Wasza Krolewska mość, ludzie zmęczeni, ale rota nowogródzka trzyma się mocno. – Dobrze, rotmistrzu – odparł. – Pamiętaj, że nawet jutro może nadejść dzień próby. Lepiej, by zmęczenie pozostało tu, a odwaga poszła z nami dalej.
Potem objechałem własną rotę. Niektórzy już spali, inni modlili się. Jeden chłopak, młody jak wiosna, ostrzył szablę tak zawzięcie, jakby od tego zależało jego życie. Zatrzymałem się i powiedziałem cicho: – Nie ostrze szabli ratuje, a serce i szyk. Pamiętaj o tym.
Uśmiechnął się niepewnie. A ja pojechałem dalej, bo rotmistrz nie może pokazać, że sam też się boi.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 11 wrz 2025, 22:50
Rotmistrz.
Wieczór po pierwszym dniu marszu był cichy, tylko ogniska rozpraszały ciemność. Ludzie z mojej roty zasypiali jeden po drugim, a ja zostałem sam z końmi, obchodząc obóz. Czasem właśnie w takich chwilach wspomnienia wracały jak rana, której nigdy nie da się zagoić.
Byłem wtedy młody, ledwie dwudziestoletni, świeżo po pierwszej kampanii. Razem z bratem, starszym ode mnie o rok, ruszyliśmy na ordę. Mieliśmy tylko konie, szable i wiarę, że świat należy do nas.
Bitwa wybuchła o świcie. Tatarzy uderzyli jak burza – gwizd strzał, krzyki, kurz i ogień. Trzymaliśmy szyk, ale oni wciąż nacierali. Pamiętam, jak brat jechał obok mnie, oczy miał rozpalone, a w dłoni błyszczała kopia.
I wtedy – jak błysk – strzała przeszyła mu pierś. Zgiął się w siodle, a ja, oszalały, chwyciłem go, zanim runął. „Trzymaj szyk!” – wrzeszczał nasz dowódca, ale ja widziałem tylko jego twarz, bladą, wykrzywioną bólem. Upadł na ziemię, a Tatarzy przetoczyli się jak fala. Chciałem zostać przy nim, walczyć nad jego ciałem, ale koń poniósł mnie naprzód, w sam wir bitwy.
Przeżyłem. On nie.
Od tamtej pory nie wierzyłem już w opowieści o łatwej chwale. Wiem, że każda bitwa to zawsze czyjś brat, czyjś syn, który nie wraca.
Dlatego teraz, kiedy widzę w mojej rocie młodych chłopców, z oczami błyszczącymi jak u mojego brata wtedy, serce ściska się ze strachu. Bo wiem, że dla niektórych z nich Lubnie będą ostatnim miejscem, które zobaczą.
Patrzę w płomienie i przysięgam sobie w ciszy: póki żyję, nie pozwolę, by choć jeden z nich zginął tak, jak on.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 14 wrz 2025, 12:39
Droga ciągnęła. Ziemia była twarda, miejscami rozorana przez koła wozów, a kurz wzbijał się za nami jak dym po pożarze. Nie było w tym piękna, było za to ciężkie, codzienne trwanie. Jechałem na czele, w otoczeniu przybocznych, a jednak myślami wciąż uciekałem daleko. Widziałem oczyma wyobraźni kresy – stepy ciągnące się aż po horyzont, które miały stać się areną nadchodzącej walki. Czułem ich spojrzenia – setki żołnierzy, którzy wypatrywali mojej postawy. Król nie mógł być zmęczony. Król nie mógł mieć pytań ani wahań. Król miał być skałą, której inni się uczepią. – Wasza Królewska Mość – podjechał obok mnie dowódca straży przedniej. – Zwiadowcy donoszą, że na południu widziano ognie tatarskie. Jeszcze daleko, ale to pewny znak, że orda wyruszyła. – Niech niosą wieść dalej – odpowiedziałem chłodno. – Im szybciej będziemy gotowi, tym mniej krwi przelanej zostanie. Potem zapadło milczenie. Tylko stukot kopyt, skrzypienie wozów, brzęk zbroi. W takich chwilach samotność bywała najcięższą bronią, cięższą od buławy. Pochylilem sie do jednego z goncow i kazalem napisac listy: Mosci Hetmanie, Rozbilismy oboz w Krylowie, za rzeka w oddali widac ogniska zwiadowcow ordy, za dzien dwa powinniśmy ich pojmać, będziemy w stanie zaczerpnąć języka i dowiedzieć się gdzie stacjonują glowne siły. Niedługo dotrzemy do Czerkasow, gdzie postawie komendę dywizji Bialoruskiej do czasu aż zwiadowcy wypatrzą orde i zmusimy ich do walki. Radziwiłł Wileński
Perspektywa pułkownika Nie miałem prawa patrzeć na marsz jak na zwykłą drogę. Każdy krok, każdy wóz, każdy koń był dla mnie rachunkiem. Pułkownik to nie tylko dowódca – to strażnik równowagi między porządkiem a chaosem. Moi szli środkiem kolumny. Ludzie jęczeli, że kurz dławi, że wody brak, że buty rwą się od błota. Ja słuchałem, ale nie okazywałem litości. Wiedziałem, że jeśli teraz dam im rozluźnić szyk, jeśli pozwolę, by marsz rozpadł się w gawiedź – w polu nie będziemy armią, a zbiegowiskiem. Raz po raz objeżdżałem szeregi konno, wołając: – Trzymajcie równy krok! Niech każdy wie, że idzie pod królewskim sztandarem, a nie jak zbieranina! Niektórzy prychnęli pod nosem, ale poprawili szeregi. Wiedziałem, że król patrzy na nas, choć nie zbliżał się do środka kolumny. To była gra w ciszy: on dawał przykład z przodu, ja podtrzymywałem porządek w głębi. Pod wieczór, gdy rozbijaliśmy obóz, zwołałem porucznikow. – Jutro może być cięższe niż dziś – powiedziałem. – Zwiadowcy niosą wieść o tatarskich ogniach. Chcę, by każda rota była gotowa w pół godziny od sygnału. Żadnego pijaństwa, żadnego rozluźnienia. Tej nocy długo nie spałem. Słuchałem wiatru, który niósł od południa suchy zapach stepów. Pachniał tak, jak przed każdą burzą.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 21 wrz 2025, 12:17
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy nad Żółtymi Wodami rozległ się pierwszy huk armat i rżenie koni. Dywizja Białoruska RON, dowodzona przez samego Króla Konrada Radziwiłła, ustawiła się w szyku bojowym na szerokim polu, którego wysokie trawy falowały niczym złote morze. Po drugiej stronie, na wschodnich mokradłach, wyłonił się tatarski oddział, lekki, zwinny, ze skrzydłami jeźdźców gotowymi do błyskawicznego ataku.
Radziwiłł patrzył na swoich żołnierzy, odważnych, ale zmęczonych długim marszem. Wiedział, że Tatarskie konie nie znają strachu, a ich szarże mogą rozbić każdy front. Z podniesionym mieczem dał znak natarcia, a armaty rozpoczęły grad kul, przerywany serią okrzyków i trąb bitewnych.
Tatarscy jeźdźcy, zwinnie unikając ognia artylerii, ruszyli do przodu, okrążając skrzydła Białorusinów. Konrad Radziwiłł kazał wzmocnić flankę ciężką kawalerią i piechotą, a sam w pierwszym szeregu prowadził kontratak. Starcie było chaotyczne — miecze świstały nad głowami, konie padły, a kurz i krew mieszały się na polu bitwy.
Po godzinach walki, obie strony były wyczerpane. Tatarscy jeźdźcy, choć nadal groźni, nie zdołali przełamać szyku Białorusinów, a ci z kolei nie byli w stanie wyprzeć agresywnych ataków przeciwnika. Pola Żółtych Wód spowiła wieczorna mgła, a w powietrzu czuć było zarówno zapach prochu, jak i ciężar zmęczenia.
Gdy noc zaczęła zapadać, obie armie zatrzymały się, mierząc wzrokiem swoje szeregi. Nie było zwycięzcy — tylko pole pełne ran, padłych koni i żołnierzy, którzy ledwo trzymali się w siodle. Król Konrad Radziwiłł, podnosząc miecz w geście respektu wobec przeciwnika, wydał rozkaz odwrotu. Tatarscy dowódcy, widząc wyczerpaną dywizję Białoruską, również zawrócili swoich ludzi.
Bitwa pod Żółtymi Wodami zakończyła się ciężkim remisem — żadna ze stron nie zdobyła przewagi, a echo walki rozbrzmiewało jeszcze długo nad falującymi trawami.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 22 wrz 2025, 20:41
Nawet nie dwa dni upłynęły od owego strasznego starcia nad Żółtymi Wodami, a żołnierz Rzeczypospolitej, prowadzony przez Króla Konrada Radziwiłła, osiadł w miasteczku Żurawicy, które choć niewielkie, stało się teraz fortecą i przystanią zarazem.
Zrazu, tuż po przybyciu, panował tam jeszcze zamęt wielki, tak iż trudno było odróżnić, kto zdrowy, a kto ranny, kto żołnierz, a kto tylko włóczęga, który za wojskiem ciągnął. Ulice pełne były koni, co bez wodzy snuły się, rżąc i tratując, pełne były broni porzuconej, muszkietów połamanych, szabel wyszczerbionych, a i ludzi leżących, którzy snem ciężkim spali na ziemi, nie dbając o to, że deszcz kropił, wiatr hulał, a psy szczekały.
Lecz z biegiem godzin, a tym bardziej z upływem dwóch prawie juz dni, począł ów chaos ustępować miejsca porządkowi. Radziwiłł, niezmordowany, od rana do nocy objeżdżał ulice, rynek i podwórza, przyglądając się ludziom, wzywając oficerów, rozdzielając zadania. Głos jego rozbrzmiewał ponad głowami niczym dzwon w wieży, raz groźny, raz ojcowski, zawsze jednak taki, który zmuszał do posłuszeństwa.
— Nie przyszedłem tu, by w trupim polu dogorywać, lecz by wojsko ocalić! — mawiał. — A kto chce być w Rzeczypospolitej żołnierzem, niechaj wstanie, niech się zbroi i szykuje, bo jeszcze nie koniec tej wojny!
I rzeczywiście, nie było to już wojsko takie, jakie stawało naprzeciw Tatarom dwa dni wstecz. Z tamtej świetnej dywizji Białoruskiej ubyło wielu — jedni zostali w polu, drudzy zaginęli w nocy, rozproszeni, trzeci wciąż leżeli, konając w szopach i chałupach. Lecz ci, co ocaleli, stwardnieli na duchu.
Drugiego dnia w Żurawicy poczęto organizować straże miejskie. Piechota, choć wielu bez butów, stanęła w szykach na rynku, ćwicząc musztrę pod okiem rotmistrzów. Kawaleria, choć nie wszyscy mieli konie, zjechała się przed karczmą i tam wzięto się do czyszczenia rynsztunków. Nad całością górował dźwięk młotów kowalskich: chłopi miejscowi, zaprzęgnięci do roboty, kuć musieli podkowy i naprawiać zbroje, a dym z ich warsztatów kłębił się wysoko, jakby całe miasteczko ogniem wojennym oddychało.
Nie brakło i scen dramatycznych. Na placu przed cerkwią kilku żołnierzy kłóciło się o zdobyczne konie, inni o chleb, którego brakło, jeszcze inni próbowali samowolnie opuścić osadę. Lecz Radziwiłł, dowiedziawszy się o tym, sam kazał przyprowadzić wichrzycieli. I choć serce miał ciężkie, rozkazał kilku z nich kijami ukarać na oczach całego wojska.
— Żelazo w ogniu hartować trzeba, a nie w wodzie! — rzekł do oficerów. — Gdybyśmy teraz folgowali, wszystko by się rozpadło jak glina wysuszona.
Po tym przykładzie wielu się opamiętało. Dyscyplina, choć surowa, przywracała ludziom poczucie, że znów są wojskiem, a nie tłumem.
A co się tyczy samego Króla, ten nie znał odpoczynku. Rano widziano go, jak modlił się w cerkwi, po południu jak pisał listy do Wilna i Warszawy, prosząc o posiłki i pieniądze, wieczorem zaś jak przemawiał do chorągwi, stojąc na stopniach rynku. Mówił wtedy o honorze, o ojczyźnie, o tym, że choćby połowa z nich miała polec, reszta podnieść sztandar musi i nieść dalej.
— Bo cóż to jest klęska, tym bardziej remis? — wołał. — Tylko próbą, czy serce w piersi waszej z żelaza, czy z gliny. Tatara nie lękajcie się, lękajcie się tylko własnej małości!
Słowa te, powtarzane z ust do ust, rozchodziły się po miasteczku jak echo. Żołnierze, choć głodni, choć obdrapani, zaczęli prostować plecy, a w oczach ich pojawił się błysk, którego przedtem brakło.
Drugiego dnia wieczorem, na rynku w Żurawicy, ustawiono szeregi. Każdy żołnierz, czy miał pełną zbroję, czy tylko kij, stanął w szeregu, by pokazać, że trwa w gotowości. Była to chwila wzniosła, bo choć dywizja wyglądała jak cień samej siebie, to jednak duch w niej zapłonął. Radziwiłł patrzył z konia na swe wojsko i w duszy mówił sobie: „Oto z rozproszenia rodzi się znów siła. Jeszcze nie koniec tej sprawy.”
Tamtej nocy w Żurawicy rozbrzmiały pieśni. Przy ogniskach, gdzie pieczono ostatnie resztki mięsa, gdzie pito wodę zamiast wina, śpiewano, jakby przez śpiew chciano zagłuszyć wspomnienie krwi i śmierci. Nad miastem wznosił się gwar, a w sercach rodziła się otucha.
I tak dwa dni po bitwie pod Żółtymi Wodami, dywizja Białoruska, choć poszarpana i zmęczona, powoli stawała się znów wojskiem gotowym do dalszej walki. Chaos ustępował miejsca porządkowi, rozpacz – nadziei, a klęska – hartowi ducha.
Bo w dziejach Rzeczypospolitej nieraz bywało, że nie ci, którzy zwyciężali w polu, zapisali się w pamięci, lecz ci, którzy po upadku zdołali powstać, by dalej nieść sztandar. A do takich miał należeć i Król Konrad Radziwiłł ze swą wierną, białoruską dywizją.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 27 wrz 2025, 13:52
Minal tydzien od owego straszliwego boju nad Żółtymi Wodami, a w Żurawicy, gdzie dywizja białoruska znalazła schronienie, dało się już widzieć odmianę niemałą. To, co zrazu było kupą rozbitków, ledwie żyjących ludzi, teraz poczęło przypominać znów wojsko, które chętnie staje w polu. Król Konrad Radziwiłł, czujny i nieugięty, nie pozwolił nikomu spocząć w lenistwie, a żołnierze, chcąc nie chcąc, musieli iść za jego wolą.
Posiłki zaczęły nadciągać – to szlachcic białoruski przywiódł ze swych dóbr kilkudziesięciu konnych, to znów z pobliskiej grobli zbiegli włościanie, by ratunku szukać pod skrzydłem królewskim, a przy okazji wstąpili do chorągwi. I tak powoli, jakby kropla za kroplą w rzekę się zmieniała, siła Radziwiłła rosła. Z rana, gdy przeglądał ludzi na rynku, policzono, że stan liczebny wojska sięga już ponad połowy tego, co wiodło pod Żółte Wody.
Nawet chorągwie, które przedtem w błocie leżały, oczyszczono, naprawiono i podniesiono wysoko, tak że powiewały nad miasteczkiem jak znaki nieugiętości. Piechota znów ćwiczyła musztrę, a kawaleria – choć konie nieraz wychudłe i poobdzierane – ruszała w pole pod okiem oficerów. Radziwiłł patrzył na to z dumą, lecz i z chłodną rozwagą: wiedział, że duch jest bronią większą niż szabla, ale też wiedział, iż trzeba go hartować przez czyny, a nie same słowa.
Tedy już czwartego dnia wysłał zwiad ku stepom. Było ich dwudziestu konnych, pod dowództwem rotmistrza Holszańskiego, młodzieńca rączej ręki i gorącego serca. Ruszyli w pola, gdzie mgła poranna jeszcze snuła się nisko, a trawy sięgały brzuchów końskich. Ledwo pół mili za Żurawicą, ujrzeli ognisko, a przy nim garść tatarskich jeźdźców, co patrol odprawiali.
Nie trzeba było wiele – Holszański dał znak szablą i wnet rozległ się tętent. Tatarzy, choć szybcy, nie spodziewali się napaści. Dwóch zaraz padło od kul muszkietowych, trzech od ciosów szabel, reszta w rozsypkę uciekła. Zwycięzcy przywiedli dwóch żywcem, a gdy stanęli przed Królem, ten tylko rzekł: — Oto jak pies szczeka, gdy wilk blisko. Lecz my nie po tośmy się tu zebrali, by psy tylko gonić. Większego wilka nam potrzeba.
I rzeczywiście, od tego dnia nie było dnia, by patrole tatarskie nie znikały w stepie. Raz piechota z zasadzki ich porwała, raz kawaleria ich dognała, raz nawet sami chłopi miejscowi, rozdrażnieni wiecznym rabunkiem, podnieśli kosy i cepy, bijąc na śmierć tych, którzy zabłądzili za daleko.
Wieść o tym rozeszła się rychło po stepie. Tatarzy, którzy dotąd pewni byli swej przewagi, poczęli oglądać się za siebie, poczęli trzymać się bliżej swoich czambułów. Nie raz też posłali większe grupy, by pochwycić lub rozgromić zaczepne roty Radziwiłła, ale i te niejednokrotnie wracały poturbowane, bo żołnierz białoruski, choć liczebnie słabszy, to sprytem i odwagą nadrabiał.
Sam Król nieraz brał udział w takich wyprawach. Nie siedział w Żurawicy jak w twierdzy, ale często na konia się sadzał i do przodu ruszał, by przykład dać. A gdy raz zaskoczył z garścią konnych patrol tatarski nad rzeką, własną ręką dwóch ściął i tylko cudem nie odniósł rany, bo strzała utkwiła mu w karwaszu. Żołnierze, widząc to, jeszcze więcej ducha nabierali, a mówiono między nimi: — Dopóki Król sam idzie pierwszy, któż z nas śmie się lękać?
Nie upłynęło wiele dni, a sam los podsunął większą okazję. Zwiadowcy donieśli, iż tatarski oddział, liczny na dwie setki, rozłożył się obozem nad rzeczką Suchą, o dwie mile na południe. Było to miejsce dogodne do zasadzki, bo las tam rósł gęsty i jar prowadził ku wodzie.
Radziwiłł, wysłuchawszy wieści, uśmiechnął się tylko i rzekł: — Oto większy wilk, któregośmy pragnęli. Niechaj przyjdzie i sam głowę nadzieje w sidła.
Nocą tedy ruszono w pole. Piechota usadowiła się w jarze, muszkiety nabijając i w ciszy czekając. Kawaleria zaś podzielona została na dwie chorągwie: jedna miała uderzyć z przodu, druga obejść bokiem. Sam Król, choć oficerowie błagali, by pozostał, rzekł: — Kto pierwszy w bój pójdzie, jeśli nie ten, kto królem się zowie?
Nad ranem, gdy mgła jeszcze trzymała się nisko, Tatarzy, niczego nie przeczuwając, ruszyli na zwiad, a główna ich siła jechała środkiem doliny. Wtem z krzaków huknęły muszkiety, a zza lasu rozległ się tętent koni. Zrazu powstało zamieszanie, konie stanęły dęba, ludzie padali od kul. W tym momencie chorągiew Radziwiłła uderzyła czołem.
Bitwa była krótka, lecz krwawa. Tatarzy, choć liczniejsi, wpadli w zasadzkę, której nie mogli się spodziewać. Jedni rzucili się do ucieczki, inni próbowali stawiać opór, ale szable białoruskie cięły bez litości. Król sam, na koniu białym jak śnieg, przedzierał się przez ich środek, a gdzie szabla jego spadła, tam trup leżał.
Kiedy mgła się podniosła i słońce wzeszło, dolina Sucha pełna była ciał, a nad nią krążyły już kruki. Radziwiłł, choć zwycięski, nie pozwolił jednak świętować długo. — To dopiero początek — rzekł. — Teraz większy czambuł nadejdzie, bo Tatar nie wybacza krwi. Lecz o to nam właśnie chodziło: niechaj idą, niechaj się gromadzą, a my ich tu przywitamy jak należy.
Żołnierze, usłyszawszy te słowa, wiedzieli już, że wojna nie zakończyła się pod Żółtymi Wodami, ale dopiero teraz nabiera nowego obrotu. I choć wielu jeszcze pamiętało klęskę i trwogę, to jednak teraz w sercach ich tlił się ogień odwetu, a każde zwycięstwo, choćby małe, było iskrą rozniecającą płomień.
Tak oto siła Radziwiłła, wzmocniona do ponad połowy pierwotnej liczby, nie tylko przestała się lękać, ale sama poczęła szukać przeciwnika, wabiąc większy oddział w zasadzkę, by udowodnić, że Rzeczpospolita nigdy nie traci ducha, choćby i pod najcięższym ciosem.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 28 wrz 2025, 12:46
Dywizja Radziwiłła nadciągnęła ku miejscu zbiórki w popołudniowym świetle, sznur koni i wozów sunął przez dolinę jak ospały, lecz nieugięty strumień. Zbroje jeszcze poplamione prochem i krwią, sztandary pochylone od marszu, lecz szeregi utrzymane — oto widok, który złączył w jednej chwili to, co było rozbite, z tym, co miało znów stać się wojskiem.
Na wzgórzach już migotały proporce innych dywizji; z wolna wypełniały się przestrzenie między nimi, gdy chorągwie ustawiały się ramię przy ramieniu. Krok żołnierza, początkowo nierówny i ciężki, z każdym krokiem prostował się; rany opatrywano naprędce, konie podkuwano, a sprzęt zestawiano — porządek rodził się z ruchu.
Gdy ostatni oddział wjechał na równinę, spojrzenie ogarnęło zebrane siły: barwy różnorodne, lecz wspólny rytm marszu, wspólny ciężar spojrzeń. I choć echo niedawnej klęski wciąż cicho brzmiało w myślach, obecność braci broni dodała im sił — zbiórka stała się początkiem odrodzenia.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 30 wrz 2025, 11:30
Białoruska dywizja ruszyła ku przeznaczeniu w ciężkim, zwartym szyku. Piechota, stanowiąca jej główną siłę, posuwała się krok za krokiem, miarowo, z dudnieniem bębnów i skrzypieniem kolb muszkietów. Nad głowami kołysały się długie piki, błyskając w słońcu jak las żelazny, posępny i nieprzenikniony.
Twarzom żołnierzy daleko było do świeżości – poorane zmęczeniem, spieczone od stepowego wiatru, lecz twarde i nieugięte. Zgrzyt żelaza mieszał się z ciężkim oddechem, a ziemia pod stopami drżała od równomiernego kroku. Tu i ówdzie widać było rannych, idących mimo bólu, z bandażem przesiąkłym krwią, lecz nie odstępujących szyku, bo każdy wiedział, że siła tkwi w szeregu, a chwila próby dopiero nadchodzi.
Chorągwie niosły się wysoko, nad nimi krążyły kruki, jakby przeczuwając ucztę. Z przodu brzmiało wezwanie trąbki, znak do przyśpieszenia; szeregi zagęściły się. Milczenie spadło na całość – cisza przed burzą, w której każdy czuł, że oto idą jak jeden mur, piechota białoruska, gotowa starciem swe imię na nowo w dziejach zapisać.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
przez Konrad Radziwiłł » 30 wrz 2025, 15:55
Huk bębnów i brzęk trąb mieszał się z pierwszymi wystrzałami muszkietów; szeregi piechoty, zwarte i uparte, posuwały się naprzód. Tatarskie konnice raz po raz obiegały ich skrzydła, strzały sypały się jak grad, lecz mur pik i bagnetów trwał niewzruszenie, krok za krokiem torując sobie drogę ku oblężonemu miastu. Nad wałami polska załoga wiwatowała, widząc nadciągającą odsiecz, ale pomoc, której się spodziewali, nie nadchodziła znikąd – tylko białoruska piechota parła naprzód, samotna w tym bezmiernym polu.
Natarcie było krwawe. Każdy krok okupiony, każdy rów i wzgórek zalany krwią. Piechurzy padali jeden po drugim, lecz szereg zacieśniał się i posuwał dalej. Wreszcie, w samym środku tatarskiej ciżby, wściekłym wysiłkiem, w ogniu armatnim i huku strzałów, udało im się dosięgnąć serca wrogiego obozu. Tam, gdzie chorągwie Tatarów gęstniały najliczniej, rozgorzał bój najstraszliwszy.
I oto stało się, sławny chan tatarski, dowódca całego oblężenia, dostał się w ręce Radziwiłłowych żołnierzy. Oszołomiony, wyrwany z siodła, zbroczony kurzem i potem, został pojmany przez piechotę, która niczym żelazny krąg zacisnęła się wokół niego. Krzyk triumfu uniósł się nad polem, a echo poniosło go aż ku murach oblężonego miasta.
Lecz triumf ten był gorzki. Bo oto, nim jeszcze szeregi białoruskie zdołały odetchnąć, nim zdobyczy swej mogli zabezpieczyć, napłynęły nowe fale tatarskie. Konie parskały, ziemia dudniła od kopyt – setki, tysiące jeźdźców zamknęły pierścień wokół garstki piechoty. Białoruska dywizja znalazła się w potrzasku, w samym środku wrogiego morza.
Sztandary wciąż powiewały, lecz szeregi topniały. Strzały padały jak ulewa, szable spadały jak pioruny, a piechurzy, ściskając muszkiety i piki, walczyli z furią i rozpaczą zarazem. Nad ich głowami unosił się dym prochowy, a ziemia pod stopami zamieniała się w krwawy ugór.
I tak oto białoruska dywizja, choć odniosła wielki czyn, zdobyła wodza tatarskiego, teraz sama otoczona, musiała walczyć o przetrwanie. Czekając na resztę dywizji, które miały dołączyć jeszcze nad ranem.
Hrabia IL Gubbio
Pułkownik w Bracławskim Pułku Kawalerii
Starosta Wileński 
-
-

- Starosta

-
- Posty: 3565
- Dołączył(a): 15 maja 2021, 13:52
- Lokalizacja: Yekaterinburg
- Medale: 5
-
-
- Godności Kancelaryjne: Podkanclerzy
- Stopień: Pułkownik
- Wykształcenie: Bakałarz
kuchnie na wymiar kalwaria zebrzydowska
Powrót do Kampania Krymska
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość
|
|